Lorn. Brud, szum i emocje
30 01.2013

Muzyka, Sztuka

Lorn. Brud, szum i emocje

Wracam do Lorna regularnie. Ten gość zasługuje na kilka słów więcej, bo w czasach sterylnej elektroniki robi dokładnie odwrotny ruch.

Filozofia błędu

Kupuje mnie faktura. Ta muzyka nie jest gładka — jest chropowata, pełna szumów, trzasków i analogowego brudu. Dla projektanta to oczywiste skojarzenie: zamiast idealnego wektora wybierasz ziarnistą fotografię na starym filmie.

Lorn (Marcos Ortega) ma własną filozofię. Nie interesuje go bycie modnym producentem z LA (choć wydawał w Brainfeederze u Flying Lotusa). Siedzi w Milwaukee i dłubie w sprzęcie. Jego brzmienie wynika z akceptacji niedoskonałości: zamiast usuwać szum taśmy, robi z niego instrument. To jest projektowanie dźwięku na najwyższym poziomie — świadome użycie defektów, by zbudować klimat.

Nie dla każdego, i dobrze

To nie jest muzyka tła do kawy (chyba że bardzo mocnej i w ciemnym pokoju). Lorn jest intensywny. Jest w tym mrok, ale nie teatralny — raczej poczucie izolacji i surowości. Utwory są gęste, basowe, czasem przytłaczające, ale autentyczne.

Oryginalność Lorna polega na tym, że nie próbuje się nikomu przypodobać. Nie ma tu „dropów” pod radio. Jest konsekwentne budowanie własnego świata. Słuchasz trzech sekund i wiesz, że to on.

Czego się od niego uczę?

Że warto iść pod prąd. Że „czysto” i „poprawnie” nie zawsze znaczy „dobrze”. I że w procesie twórczym liczy się charakter, nie lista narzędzi.

Jeśli szukasz inspiracji, która trochę przeczołga, ale zostawi z wrażeniem obcowania z czymś naprawdę unikalnym — odpal cokolwiek z jego dyskografii. Tylko głośno.